Z wiaduktu nad torami WKD przez kilka lat, przy ładnej pogodzie, chodziłam pieszo do domu na Potrzebnej.
Dziś byłam znowu w tamtym miejscu i spróbowałam pójść pieszo do domu, omijając tym samym hałas i smog na Popularnej.
Przez teren Castoramy można nadal przejść - chociaż szlag trafia, że nie można pójść w drugą stronę i przejść POMIĘDZY domami na Naukowej.
Nie można, bo działka przy działce, ogrodzone bez zostawienia przejść - no bo przecież "to MOJE!".
Więc dłuższą drogą, przez Castoramę, skręt w prawo w Naukową, potem w lewo przez brzozowy zagajnik do Czereśniowej.
Staję przed ogromnym, dzikim polem i... nich to licho, ścieżka znikła!
Nie pamiętam, gdzie była, a wyjście na Mikołajską jest tylko w jednym miejscu, przez kawałek zarośniętego wolnego terenu pomiędzy ogrodzonymi działkami.
Przeszłam kawałek w lewo, potem w prawo - nie ma.
Zmęczyłam się już tym kręceniem, a tu trzeba iść jeszcze dalej, aby dojść do Starowiejskiej i potem do Mikołajskiej.
Wreszcie doszłam - na Mikołajskiej też już nie widać wylotu ścieżki, a raczej widać wiele trochę wydeptanych ścieżek, a nie jedną mocno używaną.
Ludzie przestali chodzić! Tylko jeżdżą samochodami dookoła, korki coraz większe, hałas, smród - ale czy można się dziwić?
W miejscach, gdzie powstają mocno wydeptane ścieżki powinny być kładzione chodniki - niechby nawet tymczasowe.
Ludzi trzeba zachęcać do chodzenia, to jest zdrowsze od jazdy samochodem!
Ale u nas myślenie profilaktyczne nie istnieje nawet w tzw. "służbie" zdrowia, a co dopiero w miejskich instytucjach.
No i w Samorządzie. Stale są sprawy "ważniejsze" niż zdrowie i wygoda mieszkańców. Stale nie może się przebić do świadomości stara mądrość, że lepiej jest zapobiegać, niż leczyć.
