Skip to content
Jesteś w: Strona główna arrow Aktualności arrow Rozbitkowie
Rozbitkowie Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
26.06.2008.

Image
Gdy rozbitek trafia do "Betlejem" na samym końcu ul. Potrzebnej sanitariusze najpierw sprawdzają, czy nic po człowieku nie chodzi. Jeśli chodzi, to jest golony, myty, smarowany odpowiednim środkiem i ma trzy dni kwarantanny...

Szary, piętrowy  budynek, równo przystrzyżony trawnik, biała figura Matki Boskiej otoczona klombem kwiatów. Na sznurach suszące się pranie. Przed domem siedzą mężczyźni. Milczą. Palą papierosy, przeglądają gazety. Przybyszowi przyglądają się trochę nieufnie, a może tylko badawczo. Na powitanie odpowiadają “Dzień dobry”; jedni uśmiechając się, inni kłaniając nieco przesadnie i ustępując drogi.

Tutaj się mieszka

Znajdujemy się w Schronisku dla Chorych „Betlejem” na samym końcu ul. Potrzebnej, numer 55. Miejsce jest wyjątkowe, bo stanowi wspólny dom dla niosących pomoc i korzystających z niej. Ośrodek prowadzi Agnieszka wspólnie z mężem Andrzejem. Oboje należą do Wspólnoty Chleb Życia. „Betlejem” to dla nich jednocześnie miejsce pracy i dom rodzinny.

Wspólnota „Chleb Życia” (Pain de Vie)  powstała we Francji w 1976 roku z inicjatywy małżeństwa Pascala i Marie-Annick Pingault. Jest zgromadzeniem skupiającym różne osoby; jej członkami na równych prawach mogą być zarówno małżeństwa, jak i kobiety i mężczyźni wybierający celibat.
Wspólnota ma domy w wielu krajach i w zależności od lokalnych potrzeb podejmuje różne działania. Polską przełożoną Wspólnoty jest siostra Małgorzata Chmielewska. Pod jej nadzorem znajduje się siedem domów - dla bezdomnych, chorych, samotnych matek oraz noclegownie dla kobiet i mężczyzn.

Niezwykłość schroniska „Betlejem” - a także  innych placówek prowadzonych przez wspólnotę Chleb Życia - polega ta tym, że tutaj nie przychodzi się do pracy; tutaj się mieszka.

- Na ul. Potrzebnej mieszkam ja z mężem i jeszcze Piotr, który  też jest członkiem Wspólnoty; no i nasi bezdomni - wyjaśnia Agnieszka. - My wszyscy tworzymy ten dom. Mamy pracownika socjalnego, mamy panią pielęgniarkę, mamy lekarzy, którzy przychodzą kilka razy w tygodniu. Oni wszyscy są naprawdę bardzo oddani swojej pracy. Jednak o określonej godzinie kończą ją i wychodzą do swoich domów. Natomiast dla mnie i mojego męża dom jest tutaj.

Grupa osób bezdomnych przebywających w ośrodku ma niestały skład. Jedni go opuszczają - dobrowolnie lub ze względu na złamanie regulaminu; w praktyce najczęściej za picie - a w ich miejsce pojawiają się nowe osoby.

 - Czasem przyjeżdża straż miejska albo policja, przywozi kogoś. Niektóre osoby są przywożone ze szpitala lub po prostu same tu przychodzą - opowiada Agnieszka.
 -  Każdy niezależnie od wszystkiego najpierw idzie pod prysznic. Mamy tutaj dwóch sanitariuszy. Sprawdzają, czy nic po człowieku nie chodzi. Jeśli chodzi, to jest golony, myty, smarowany odpowiednim środkiem i ma trzy dni kwarantanny. W innym wypadku po prostu się go kąpie i daje nowe ubranie. No a później, jak już sobie trochę odsapnie, ustalamy czy ma dowód osobisty, ubezpieczenie, czy ma przyznaną grupę inwalidzką. Jeżeli przychodzi ze szpitala, pielęgniarka zatrzymuje kartę wypisową. Zaczynamy załatwiać sprawy socjalne.

Większość osób trafiających do Schroniska „Betlejem” nie ma dowodu osobistego, ubezpieczenia zdrowotnego i żadnej dokumentacji medycznej. Nie może więc zostać skierowana do lekarza w przychodni. Zarejestrowanie w Urzędzie Pracy też zazwyczaj nie jest możliwe; powodem jest zły stan zdrowia takiej osoby, uniemożliwiający jej podjęcie jakiejkolwiek pracy. Osoby pojawiające się w Schronisku są więc na ogół pozbawione możliwości korzystania z publicznej służby zdrowia.

- Zatrudniamy w niewielkim wymiarze godzin internistę i psychiatrę - relacjonuje Agnieszka. - Mamy też  lekarzy wolontariuszy, którzy co jakiś czas przychodzą. Są to neurolog, kardiolog i dermatolog; specjalności bardzo tutaj potrzebne, bo wiele osób ma takie schorzenia. Dysponujemy więc zapleczem medycznym, a lekarze są naprawdę bardzo oddani - dodaje.

Osoba przyjmowana musi być trzeźwa. Na terenie domu alkohol jest zabroniony. Złamanie tego zakazu oznacza koniec pobytu. Jeśli ktoś pije, robi to na własna odpowiedzialność. Konsekwencję znają wszyscy - konieczność opuszczenie domu  niezależnie od tego, która jest godzina i jaki jest dzień. W ten sposób dla wielu  osób pobyt w ośrodku to najdłuższy okres abstynencji od lat. Są też takie osoby, które nigdy wcześniej tak długo nie przebywały na wolności; do tej pory ich drugim, a właściwe pierwszym domem było więzienie.

- Zdarzało się, że usuwaliśmy kogoś z domu - wspomina Agnieszka. - Można jednak wrócić; jest się wtedy przez pewien czas na cenzurowanym, ale można spróbować jeszcze raz - zapewnia.

Schronisko dla chorych „Betlejem”  - podobnie jak wszystkie placówki zajmujące się pomocą bezdomnym i wykluczonym - jest dofinansowywane przez Urząd Miasta oraz Wojewodę. Dotacje sięgają około 40 % kosztów utrzymania ośrodka. 

- Staramy się pozyskiwać dary od firm; głównie jest to żywność. Poza tym pomagają nam prywatne osoby - wymienia Agnieszka. - No i każdy mieszkaniec, który ma dochody, jest zobowiązany częściowo płacić za utrzymanie. W naszym domu jest to kwota do 300 zł miesięcznie. Oczywiście jeśli ktoś nie ma pieniędzy, to nie płaci.

Chciałem latać

Piotr od lat nie ma kontaktu z rodziną. Swoje losy zdecydował się związać z Wspólnota Chleb Życia, do której trafił jako potrzebujący pomocy alkoholik. Po kilku latach stał się wolontariuszem, pomagającym takim jak on rozbitkom życiowym. Obecnie jest członkiem zgromadzenia.

Członkiem Wspólnoty można stać się po odbyciu okresu próbnego. Kandydat powinien dobrze zapoznać się z funkcjonowaniem zgromadzenia, z jego wartościami, celami i metodami, życiem codziennym. Następnie po uzyskaniu akceptacji s. Małgorzaty Chmielewskiej składa  przyrzeczenia.

- Trafiłem tutaj przez alkohol. W pewnym momencie życia nie miałem gdzie mieszkać. Przez jakąś opatrzność boską dostałem się na terapię do Legionowa. Kolega z grupy terapeutycznej dał mi adres do tego ośrodka i od tamtej pory jestem tu. To już będzie piąty rok; drugi jak jestem we Wspólnocie. Chcę tu być, chcę służyć tym ludziom.

Piotr zaczynał od pracy pielęgnacyjnej, bezpośrednio przy chorych. Obecnie zajmuje się przede wszystkim utrzymaniem ładu na terenie ośrodka; rozdziela zadania, koordynuje prace, czuwa nad ich realizacją. Dom jest utrzymywany w porządku dzięki wspólnemu wysiłkowi wszystkich mieszkańców. To oni gotują, strzygą trawnik, myją schody i okna. Każdy jest za coś odpowiedzialny.

- Mamy około dziesięciu osób na wózkach inwalidzkich - wyjaśnia Piotr. - Oni wykonują lżejsze prace: obierają warzywa na obiad, mięso kroją, wycierają sztućce. Sprawniejsi zajmują się porządkami w ogródku, reperacją usterek.

- Poszedłem do szkoły wojskowej do Dęblina - wspomina Piotr. - Nie skończyłem jej. Na trzecim roku zostałem skreślony z listy ze względu na stan zdrowia - nadwzroczność prawego oka. Nie nadawałem się do dalszego szkolenia lotniczego; nie widziałem też siebie w wojsku na ziemi. Chociaż później pomyślałem, że to całe wojsko, to nie było to… Ja się nie nadaję do wojska. Ja chciałem latać. Chciałem latać…

- Przez to niespełnione marzenie na jakimś strasznym zakręcie się znalazłem. Nie mogłem się do końca pogodzić z tym, że jednak z latania nici. Poszedłem do pracy na Okęciu, jako deklarant celny. Dobrze zarabiałem. Odszedłem po jakimś czasie. No i wtedy alkohol zaczął się pojawiać w moim życiu w większych ilościach. Potem to już często te prace się zmieniało. Z jednej wyrzucali, trzeba było znaleźć inną. Ale jedno z drugim w parze nie będzie szło - alkohol z pracą. Sporo lat upłynęło zanim trafiłem do Legionowa na terapię...

Naobijałem się, to wiem

Czesław nie wstaje z łóżka; ma raka a ostatnio zaczęła mu na nowo dokuczać złamana półtora roku temu stopa.

- To było na Płockiej, tutaj w Warszawie - opowiada. - To był małolat; a jak teraz młodzi jeżdżą, wszyscy wiemy - nie patrzą, tylko dawaj! To było 3 grudnia 2006 roku, popołudniu. Nawet się nie zatrzymał. Dwa dni po wypadku poszedłem do szpitala. Bolało tak, że nie mogłem wstawać. Jak mnie brało pogotowie, to nie wzięli na nosze, tylko na ten wózek, którym my złom woziliśmy. Po tych dołach do samochodu mnie ciągnęli. Było ich trzech, kierowca i dwóch pielęgniarzy. Prosto ze szpitala trafiłem tu. Przywieźli mnie policjanci, bo ich poprosiłem. Nie miałem dokąd pójść…

- Rozstaliśmy z żoną, wyjechałem do Warszawy i tak się stało, że już nie wróciłem w tamte strony. Ująłem się honorem i nie wróciłem. Mnie wkurzyć, to jest trudno. No ale były takie sprawy... Ja siedziałem przez nią.
Jeszcze w PRL-u prowadziłem swój prywatny warsztat; byłem rymarzem, robiłem siodła dla koni. To był interes na lewo. Jak mnie nakryli z towarem, trzeba było uciekać. Skóry nie były brane ze sklepu tylko z rzeźni. Sam wyprawiałem i sam z tego wyrabiałem siodła. Żona na mnie doniosła. Przyjechali, a że nielegalne, to zamknęli mnie na trzy lata.

-  Wyszedłem na warunkowe. Przyjechałem na budowę do Warszawy. To było zaraz po transformacji. Robota była tylko na umowę-zlecenie. Wynagrodzenie dostawałem. Kierownik obiecał, że będzie umowa na stałe, że nas zarejestruje i ubezpieczy. Ale gdy zacząłem się upominać, on mówił, że nie ma pieniędzy i nie ma roboty; i nas wszystkich zwolnił, innych przyjął.

- Byłem na zwolnieniu warunkowym; szedłem po kielichu no i wezwali mnie na kolegium. Z czego miałem zapłacić? Odwiesili warunkowe i znów odsiadka. Osiemnaście lat siedziałem w sumie; no nie od razu, z przerwami. Nie powiem też, że taki święty byłem… Pierwszy raz to się każdy boi - jak tam będzie w tym więzieniu? Ale aby tylko raz poszedł, później ręką macha i idzie. Posiedzi miesiąc, dwa i już się nauczy, już nie omija tego więzienia.
Zacząć od nowa? Nie dało się. Żeby jeszcze człowiek był sam albo w grupie niepijących. A tak jeden pije, drugi pije to co, nie wypijesz? A wypijesz to już jest ryzyko. Idziesz i wywijasz jeden do drugiego…

- Dobrze mi tu. Ale to zawsze zależy od zachowania człowieka, bo jak sam będziesz się źle zachowywał to i ktoś też; jak dasz uszanowanie komuś, to ktoś da tobie. Tak to jest. Ja wiem dokładnie; ja się naobijałem, to ja wiem.

Wróciłbym do siebie

Jerzy jest w ośrodku kucharzem. Przygotowania do obiadu zaczyna jeszcze nocą, gdy większość mieszkańców domu śpi. 

- Gotować nauczyłem się w wojsku. Byłem w marynarce wojennej; najpierw pół roku w Centrum Szkolenia Specjalistów Marynarki Wojennej w Ustce, potem zostałem zaokrętowany na trałowiec, numer burtowy 514. Odsłużyłem w sumie trzy lata i wyszedłem do cywila.

- Zajmowałem się planowaniem a później gospodarką magazynową; byłem kierownikiem zespołu magazynów. Pracowałem tam do 1990 roku. Potem to wszystko zaczęło się rozsypywać. Mój zakład upadł. Dostałem trzymiesięczną odprawę i do widzenia. A taki gówniarz w związkach zawodowych powiedział mi, że ja sobie muszę sam radzić; on mi nie pomoże. Pewnie, że nie pomoże. W 1980, jak to wszystko zaczęło się zmieniać, on jeszcze w pieluchach chodził! Ja byłem w „Solidarności”*

- Potem były prace na czarno, no bo metryka przeszkadzała, wiek. Nie mogłem znaleźć zatrudnienia w swoim zawodzie. Komputeryzacja nadeszła. Do tej pory to dziewczyny siedziały przy kartotekach, miały swoje branże* Ja się nie znałem na komputerach. Zresztą wtedy w domu źle się zaczęło dziać, w małżeństwie. Gdy pojechałem na kontrakt, to wszystko rozpadło się zupełnie.

- A pojechałem na kontrakt budowlany. Znajomi mi pomogli, bo ja na budownictwie się przecież nie znałem. Ale pojechałem i jakoś sobie dawałem radę; spodobało mi się nawet. Byłem w Niemczech, w Czechach w Pradze, w Budapeszcie, w Moskwie. Na Węgrzech to była bardzo ciekawa robota; budowaliśmy ministerstwo spraw zagranicznych i komenda główna policji. Oni tam dbają o harmonię. To co budowaliśmy, było pięknie wkomponowane w starą architekturę, coś wspaniałego. A u nas? Stawiają wieżowiec, który zupełnie nie pasuje do otoczenia; u nas wszystko jest przypadkowe.

- Mam 33 lata przepracowane. Mam teraz adres, to piszę do byłych pracodawców i spływają mi świadectwa pracy. Myślę, że spełniam wymogi i tę emeryturę dostanę.. A jak dostanę... To miejsce, to jest taki azyl, przystań; jest czysto, nie chodzę głodny* Ale ja wróciłbym do siebie. Pomimo że nie mam w zasadzie nikogo. Córkę mam, ale ona jest w Kanadzie. Wspaniała dziewczyna. Wyjechała i bardzo dobrze zrobiła. Żony nie mam; to jest już historia.

Marzena Kozłowska

Zmieniony ( 10.10.2008. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
 

Obywatelskie ABC obsługi Planów Miejscowych i decyzji WZ

Pobierz PDF

Polecamy

Dostęp do informacji publicznej dotyczącej samorządu dzielnicowego. 

Działaj lokalnie!

Dzielnica Włochy Warszawa - Portal Informacyjny Stowarzyszenia Sąsiedzkie Włochy Dzielnicy Włochy. Aktualności z Dzielnicy Włochy oraz informacje o działalności Stowarzyszenia Sąsiedzkie Włochy dzielnica Włochy Warszawa Nowe Stare miasto-ogród wlochy Warszawa Stowarzyszenie Sąsiedzkie Włochy Jeśli chciałbyś działać na rzecz rozwoju Starych i Nowych Włoch, jeśli masz pomysły na pozytywne inicjatywy i zmiany w naszej okolicy, zapraszamy Cię do działania w ramach naszego Stowarzyszenia! Kontakt: Dzielnica Włochy Warszawa - Portal Informacyjny Stowarzyszenia Sąsiedzkie Włochy Dzielnicy Włochy. Aktualności z Dzielnicy Włochy oraz informacje o działalności Stowarzyszenia Sąsiedzkie Włochy dzielnica Włochy Warszawa Nowe Stare miasto-ogród wlochy Warszawa Stowarzyszenie Sąsiedzkie Włochy

Logowanie/Rejestracja






Nie pamiętasz hasła?
Konto? Zarejestruj się!

Facebook

Kanał RSS

Ankieta

Czy chcesz, aby Stare i Nowe Włochy przyjęły urzędową nazwę Miasto Ogród Włochy?
 
Czy ta zmiana podniesie prestiż osiedla?
 
Czy zmiana nazwy poprawi kulturę przestrzeni?
 

Portal Informacyjny- Stowarzyszenie Sąsiedzkie Włochy to informacje na tematy takie jak: Dzielnica Włochy, Stare Włochy, Nowe Włochy.